"Wolę leżeć na ziemi i patrzeć na gwiazdy,
niż próbować do nich dotrzeć
mając niewielką szansę, że mi się uda."
Jonathan Carroll
Od zawsze nie przepadałem za grami kościanymi. Uderza mnie w nich to, że wynik gry zwykle powierzamy losowi. Dlatego też, gdy za przyczyną Silesia on Board złapałem w swoje ręce egzemplarz kompaktowej gry „Dice Stars”, początkowo rzuciłem ją w kąt. Kiepska i nieprzykuwająca uwagi grafika na pudełku dodatkowo mnie odstręczała. Na tak zwanej półeczce wstydu tytuł ów przeleżakować musiał kilka miesięcy. Nie to żebym myślał, że gry planszowe są jak wino. Po prostu to wyglądało jak kiepski filler, było brzydkie i… KOŚCIANE.
Nastał jednak dzień, gdy przerzucając pudełka na półce natrafiłem przypadkiem na „Dice Stars”. Mignęło mi jedynie przed oczami. Zaraz, zaraz… Bruno jaki? Bruno Cathala i Ludovic Maublanc? Ten duet od m.in. „Cyklad” czy „Mr Jack’a”? Nie może być! Aż z wrażenia przerwałem porządki, usiadłem i zacząłem przerzucać dziewicze jeszcze komponenty.

